Trener Pagiński tłumaczy florecistki
Bez medalu z mistrzostw świata w Lipsku na pewno nie wrócimy - obiecywał przed wyjazdem do Niemiec Tadeusz Pagiński, trener polskich florecistek. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie gorsza od oczekiwań. Żadnej z naszych reprezentantek w turnieju indywidualnym nie udało się dotrzeć do ćwierćfinału, a drużyna (Sylwia Gruchała, Anna Rybicka, Magdalena Mroczkiewicz i Karolina Chlewińska) zajęła dopiero ósme miejsce.
Mroczkiewicz doznała kontuzji już w eliminacjach. Chlewińska w pierwszej rundzie wpadła na Gruchałę. Ta z kolei w następnym pojedynku przegrała po dogrywce z Adeline Wuilleme 11:12, choć na 14 sekund przed końcem trzeciej rundy prowadziła z nią jednym trafieniem. Rybicka już w pierwszej rundzie trafiła na bardzo mocną Chinkę Lei Zhang i po dobrej walce uległa jej 8:12 - tłumaczy swoje zawodniczki Pagiński.
Fechtmistrz naszych reprezentantek słaby występ w turnieju drużynowym usprawiedliwia załamaniem psychicznym zawodniczek po porażce w ćwierćfinale z Francją. - Na sześć sekund przed końcem walki Sylwia musiała zaatakować. Wuilleme podobnie jak w turnieju indywidualnym wykonała zasłonę i przeciwnatarcie. Po tej porażce drużyna załamała się. Do następnych walk podchodziły ze łzami w oczach. Nie byłem w stanie ich zmobilizować, bo było już im wszystko jedno czy zajmą piąte, czy ósme miejsce - przyznał trener Pagiński.
Jego zdaniem z nieudanych mistrzostw świata naszych florecistek w Lipsku nie należy wyciągać daleko idących wniosków. W roku poolimpijskim wiele czołowych krajów przeżywa kryzys formy. Włoszki zajęły siódme, a Rosjanki piąte miejsce. - Po igrzyskach w Sydney, na których wywalczyliśmy srebrny medal, następne mistrzostwa świata były dla nas nieudane. W Nimes także zajęliśmy ósmą lokatę - przypomina trener.